Tym razem robótka mnie rozbawiła i z przyjemnością ją wykonałam.
Troszkę oddechu od frywolitek.
Zadanie do wykonania było takie – zrobić ze słuchawkami coś podobnego do tego po lewej stronie na zdjęciu. Tylko, że słuchawki mają być zielone a nie – tak jak w oryginale – czerwone.
Na ubranko słuchawek poszedł cały motek tej bawełny.
Gdy nitki przeraźliwie ubywało, to zaczęłam się bać czy na kokardkę mi wystarczy, ale starczyło.
Najważniejsze, ze słuchawki dadzą się rozsuwać.
Fajna robótka na poprawę humoru 🙂
Wszystkim oczekującym na odpowiedzi na listy obiecuję, że dzisiaj odpiszę.
Siedzę sobie jak ta myszka pod miotłą i niewiele robię.
Robótkowo niewiele. Powstało zaledwie kilka drobiazgów.
Frywolitkowy komplecik –
Jesienny komplet –
Grubaski-
Skromna zakładka –
Mieszkanko dla komórki –
Kolczyki szydełkowo – frywolitkowo – druciane. Strasznie kombinowane, ale dostałam zadanie wykonania kolczyków podobnych do tych na fotce po lewej stronie. Górny kwiatuszek z perełkami to frywolitka wykonana złotą nicią.
Kolejne bojowe zadanie – wykonanie dwóch męskich bransoletek koralikowych na podstawie fotki. Bransoletki wyszły tak (koraliki Toho 15/0) –
To chyba wszystko. Cóż poza tym? Ano fajtłapa jestem i musiałam lizać „rany” po nieszczęśliwym wykopertnięciu się na prostej drodze.
Ran nie było, ale sińce i owszem :)))
Pokazywałam moje robótki a teraz pokażę piękne wzory, które powstały na moich odnóżach 😛
Wzorki cyknęłam już po ponad tygodniu od wywrotki, więc i opuchlizna na stopie już była malutka i część siniaków zniknęło a reszta zmieniła kolor.
Ta prawa stopa z drugiej strony prezentowała się tak –
W tej chwili – miesiąc po wywrotce, już wszystkie sińce zeszły, jedynie jeszcze na stopie jest siniak i trochę boli śródstopie przy stąpaniu, ale w zasadzie już jest wszystko dobrze.
Miałam ogromne szczęście, że się nie połamałam. Najgorzej dokuczała skręcona stopa i nadgarstek, bo padając podparłam się ręką.
W każdym razie widać, że nerki mi już nie dokuczają i trochę się ruszam (choć w wyrku chyba byłam bezpieczniejsza :)))).
Ogromnie dziękuję za wszystkie komentarze. Bardzo miło mi je czytać.
Robótek malutko powstało, w sumie to wyłącznie kolczyki, ale za to balkon i okno i drzwi zdrapane i pomalowane.
Teraz trzeci dzień walczę z zapaleniem spojówek, nie wiem, może opary farby olejnej, może rozpuszczalnika, a może czymś sobie ślipia zatarłam.
Balkon prawie odrapany (tuż przed finiszem) wyglądał tak –
Po pracy chciałam sobie chwilkę odpocząć, wyniosłam leżaczek i wróciłam na chwilę do domu po robótkę.
Niestety, w tym czasie na leżaczku… … no znaczy, po powrocie na balkon zastałam na leżaku futrzany napis access denied!
Chyba się oflaguję i głodówkę rozpocznę 🙁 Pod drzwiami wyjściowymi mam często tak-
Wracając do kolczyków –
i jeszcze zawieszka dorobiona do kompletu, który pokazywałam w poprzednim wpisie 🙂
A teraz praca mojej Mamy, obraz dość spory, haft krzyżykowy. Miałam problem ze zdjęciem, bo w szybie odbija się cały świat. Na dodatek obok stoi przeszklona biblioteczka, więc powstają dziwne refleksy świetlne 🙁
Na Maranciakach zapraszamy do zabawy, tym razem wymianka na pożegnanie lata.
Tradycyjnie zaczynam wpis od podziękowań za wszystkie wpisy pod poprzednią notatką 🙂
Co do tych bucików – to czysty przypadek, że tak się dopasowały kolorystycznie do bluzki. Bluzkę robiłam z resztek a później zajrzałam do szafy w poszukiwaniu jakichś odpowiednich butów i trafiłam na te – oczywiście made in China 😉 – sama się zdziwiłam, że mają identyczne kolory jak bluzka 🙂
Dzisiaj pokażę nową bluzeczkę i troszkę frywolitkowych zaległości.
Wczoraj skończyłam różowego cukierasa. Dzisiaj była przymiarka.
Nie jestem z niej zadowolona. Włóczka nieodpowiednia do tego modelu, ale jedynie Gucia miałam w domu w odpowiedniej ilości, poza tym mam pełno włóczek, ale same resztówki.
Tak więc Gucio, druty 3,5mm.
Nie jestem zadowolona, bo… dzisiaj nie mam humoru, źle się czuję i nic mi się nie podoba, ot co 🙁
Od kilku dni usiłuję doprowadzić do porządku mój balkon i okno balkonowe, odrapać ze starej farby olejnej i pomalować.
Zaczęłam drapanie z zapałem, choć jeszcze jestem słaba i nie w formie, ale chęci były.
Na drugi dzień wysiadła mi ręka, boli do tej pory. Nie mięsnie, tylko jakiś nerwoból.
Zlekceważyłam to i w sobotę dalej wzięłam się do roboty. Zmęczyłam się porządnie, bo na tym balkonie to istna patelnia – południowa strona.
Wróciłam do domu, wzięłam się za bluzeczkę a za chwilę łup… pełno kolorów przed ślipiami, jakieś błyskawice i po chwili przestałam widzieć połowicznie, potem centralnie. Aura migrenowa. Trzymało około godziny. Dziwne, ale ból głowy po tym się nie pojawił.
Tylko, że od soboty czuję się okropnie, widzę gorzej, w głowie się mąci jakoś, nudności.
Balkon niedodrapany 🙁
Jestem zła na siebie i smutno mi. Te choróbska się nie odczepią. Najgorsze, że gdy migreny wracają, to przeważnie męczą co kilka dni przez kilka miesięcy. Może tym razem tak nie będzie. Poza tym te migreny są tak atrakcyjne, że nigdy nie wiem, czy to tylko to, czy może jakiś wylew się szykuje. Po jednej migrenie ocznej, dwa lata temu, miałam przez około pół godziny problemy z pamięcią – wszystko wokół znane, tylko wszelkie nazwy przedmiotów mi ze łba wywiało. Koszmar.
No dobrze, bluzka wygląda tak –
Powyżej widać niedoskrobany balkon 🙁
Głowę na większości fotek skasowałam, bo wyglądam jakbym się zastanawiała czy żyć dalej, czy sobie odpuścić :)))
Teraz frywolitkowe zaległosci.
Komplety ślubne – jeden ze Swarovskim.
Tak, drugi raz taki sam komplet, jaki niedawno robiłam 🙂
i drobiazgi –
Teraz coś miłego. Przyłączyłam się do blogowej zabawy u Asi w Pełnej Chatce.
Lubię książki, mam ich pełno w domu, w sumie gdzie się nie ruszyć to książki :)))
Dzisiaj dostałam przesyłkę z zakupioną halką do różowej sukienki. Trafiłam w idealny odcień 🙂
Tymczasem wczoraj skończyła się szydełkowa bluzka. Z resztek. Maxi i Hemera.
Dziwna wyszła, ale jestem z niej zadowolona.
Dziś się starzeję 🙁 45 lat… a fe 🙁
No dobra, zmieniam wyraz twarzy 🙂 ale fajniście, mam 45 latek, hura :))))))
W szpitalu młody lekarz robił mi USG. W pewnym momencie, patrząc w monitor, rzucił pytanie – ile ma pani lat?
Ja na to – 45.
Ręka z tym czymś, czym jeździł mi po brzuchu zamarła, lekarz wybuchnął śmiechem i mówi – ale ja serio pytam..
Ja na to – no, a ja serio odpowiadam.
A on – nie, żartuje pani.
Ja, że nie żartuję i tak w kółko Macieju.
W końcu powiedział, że oceniał mnie na max 30 lat.
Wróciłam na salę i mówię do pacjentki – lekarz mi nie wierzył gdy powiedziałam ile mam lat.
A ona – no, a ile ma pani lat, gdy powiedziałam, to stwierdziła, że niemożliwe, bo ma córkę rok młodszą ode mnie i że ja nie mogę być w takim wieku :)))
Swoją drogą dziwnie tak, niedawno moja mama miała tyle lat, a było to prawie wczoraj, z miesiąc temu, no może z rok temu, a dzisiaj ja się obudziłam jako czterdziestopięciolatka.
Może gdybym miała dzieci, to bardziej bym ten mój wiek czuła? A tak sama jestem jak dzieciak. Potrafię się cieszyć byle czym jak dziecko. Nawet głupimi butami z kwiatkiem made in China 😉
Dzień za dniem szybko leci. Czas jest jak jakaś oliwa, próbuję go złapać w garść i zatrzymać, a on przecieka mi pomiędzy palcami.
Cieszę się brakiem bólu nerek. Do innych dolegliwości próbuję się przyzwyczaić.
Byłam już na pierwszym spacerku, ot takim kilka kroków w lewo od domu, kilka kroków w prawo, ale zawsze to już coś.
Bloga znowu zaniedbałam. Dziś zauważyłam reklamy jakieś na górze blogaska.
Poszperałam w necie i znalazłam wiadomość, że na blogach, na których powyżej miesiąca nic nowego się nie dzieje, będą dodawali reklamy.
Tak więc muszę sprawić, żeby coś się zadziało, może ta reklama w topie zniknie ;
Nie pokazywałam jeszcze tutaj biżuterii frywolitkowej, którą już jakiś czas temu zrobiłam.
Ślubny komplet do sukni w kolorze jasnej kości słoniowej z aplikacją w kolorze srebrnym.
Komplet jest również w tych kolorach – jasne ecru i srebrne nadzienie.
Komplet w kolorze czarno-beżowym
Zrobiłam też kolejny komunijny komplecik – już na przyszły rok 🙂
Teraz pora wyjaśnić o co chodzi z tą tytułową kiecką.
Dwa lata temu zrobiłam wściekle różową sukienkę na drutach. Sukienka była dość krótka, rozkloszowana, bardzo dziewczęca.
Lubię takie, no ale długość do pół uda i taki podfruwajkowy fason, to już trochę do mojego wieku nie przystaje 🙂
Postanowiłam sukieneczkę leciutko przedłużyć… Dorobiłam kilka okrążeń, niewiele, ot tak z 5 cm. Sukienka urosła prawie do kolanka.
Potem wzięłam żelazko, suknie zwilżyłam i tak na mokro, na chama rozprasowałam…
Suknia się zrobiła po tym zabiegu zwiewna, delikatna, ale urosła… do pół łydki. Przesadyzm.
Czekam teraz na zakupioną halkę w odpowiednim kolorze.
Tymczasem pokażę fotki z niezbyt odpowiednią halką.
W tej chwili wróciłam do szydełka i znowu pozbywam się resztek 🙂
Niedługo powinnam finiszować.
Coraz mniej w mojej okolicy górek do spacerowania 🙁 Wyrastają nowe osiedla jak grzyby po deszczu. Miałam takie ulubione wzgórze dwa kroki od domu. Polanka, sosny z koźlakami i kawałek dalej ściana lasu.
Niestety góra została w większej części przerobiona na piach i wywieziona. Jeden budynek już stoi, rosną kolejne. Ponoć kawałek szczytu ma być dostępny nadal dla mieszkańców dzielnicy.
Nie wiem, w tej chwili same parkany i dostępu od mojej strony brak, może od strony lasu jakoś można się na czubek dostać.
Smutno mi, bo to moja górka, z której się zjeżdżało na sankach wspaniale 🙁
Dołem na już ściętym kawałku góry stoi taki dom – ładny, ale zapewniam, że krzewy dzikiej róży rosnące w tym miejscu były o wiele ładniejsze –
weszłam na ten taras przed budynkiem-
Z tyłu i z boku stoi wysoki mur niedopuszczający nikogo wyżej –
Z tyłu za budynkiem jest mała kaskada, nie wiem czy woda leci z tego źródełka, które było prawie na szczycie wzgórza czy wymyślili coś sztucznego –
a poza tym to tylko takie –
A w mej pamięci są zupełnie inne obrazy.
Rok 2000 (robiłam fotki ze starych fotek i do tego przy słabym oświetleniu, więc jakość okropna)-
Tu ja z tatą, jak widzicie lubiłam chodzić po mojej górce na bosaka 🙂
A tutaj też ja i tata tylko dużo wcześniej, miałam wtedy 13 lat. Na drugim końcu tej dłuuugiej liny, którą próbuję mojego tatę okręcić był przyczepiony wielki pies 🙂
Musiał być przyczepiony do czegoś, bo inaczej nie reagował na wołanie i szedł, gdzie go oczy poniosły 😉
Zmykam, bo za bardzo marudzę. Sporo mam takich miejsc, za którymi tęsknię i niestety nigdy już ich nie zobaczę takimi jakimi je pamiętam.
Czy tylko ja jestem taka dziwna, że nie lubię zmian?
Zanim zniknę zadam jeszcze tylko jedno pytanie – jak nazywa się to „moje” wzgórze?
Pierwsza osoba, która odgadnie, dostanie coś z biżuterii 🙂 (a gdyby ktoś przywrócił mi górkę w takim stanie w jakim być powinna, to go ozłocę :)))
Dziękuję za wszystkie komentarze.
Dekolt bluzki paskudki robi się łatwo – obrobiłam górę dekoltu rzędem półsłupków a potem wbiłam szydełko w miejsce gdzie wypada jeden z zębów wzoru u góry i zrobiłam 30 oczek łańcuszka, na kolejnym zębie wzoru zrobiłam oczko ścisłe i znowu 30 oczek łańcuszka i tak obleciałam dookoła. Powstały długie łańcuszkowe pętelki. Później oczkami ścisłymi weszłam po piętnastu oczkach łańcuszka na szczyt pętli i robiłam 3 oczka łańcuszka i oczko ścisłe na szczycie pętli, 3 oczka łąńcuszka i oczko ścisłe na szczycie kolejnej pętli (tej długiej z 30 oczek łańcuszka) i tak dookoła. Później okrążenie z półsłupków, na koniec oczka rakowe.
Jeśli opis nie jest zrozumiały to mogę to rozrysować.
Pozdrawiam wszystkich czytających i dziękuję za cierpliwość 🙂
Witajcie kochani. Serdecznie dziękuję za miłe komentarze 🙂
Jestem już w domu!!! Bez kamlota!!!
Do szpitala miałam się zgłosić 29. maja. Tymczasem 21. maja zadzwonił telefon i dowiedziałam się, że mam przyjechać już 23. maja.
Tym sposobem znalazłam się na oddziale o tydzień szybciej. W dniu przyjęcia miałam jeszcze troszkę badań, wieczorem już nie dostałam kolacji a na drugi dzień odbyła się operacja.
Operacja udana, co prawda kamienia nie udało się wyjąć w całości, bo był za duży, ale lekarzowi udało się go rozbić i powyjmować wszystkie kawałki.
Jeśli ktoś chce, może zobaczyć tę potłuczoną zarajzę na fotkach – TUTAJ
Samej narkozy nie wspominam miło, długo trwało wybudzanie, przykre uczucie duszenia się przez chwilę, nieprzyjemna rurka intubacyjna w gardle, potem leżałam pod tlenem i słuchałam zwariowanej pracy mojego serducha, które usiłowało złapać rytm, dziurawo mu to wychodziło jakoś, ale w końcu się udało 🙂
Dość długo trwało podwójne widzenie, mam z tym problem do tej pory przez kilkanaście minut po obudzeniu, widocznie mięśnie oczu się rozleniwiły jakoś.
Później dowiedziałam się, że na początku narkozy dostałam uczulenia i musieli podawać leki odczulające.
Potem to już tylko uporczywe wymioty i ból. Na ból pomagał ketonal w kroplówce.
Najważniejsze, że operacja się udała, wielki ukłon w stronę lekarza, który robił zabieg.
Opieka na oddziale cudowna, warunki bardzo dobre.
Do tej pory żałuję, że w listopadzie poszłam do szpitala miejskiego w Gdyni. Gdyńska urologia a wejherowska urologia to… no, nie da się porównać… Po Gdyni do tej pory mam koszmary 🙁
Do domu wyszłabym już w sobotę, jednak pojawił się problem po wyjęciu drenu nefrostomijnego. Zaczęłam normalnie przeciekać. Mocz z tej operowanej nerki zamiast wylatywać normalnie moczowodem, to sobie leciał przez dziurę w plecach.
Pielęgniarki nie nadążały mnie przebierać, w końcu przykleiły mi na plecach worek stomijny.
Na szczęście do niedzieli przetoka się zamknęła i mogłam wyjść do domu 🙂
Dom to zawsze dom, choćby najlepsze warunki w szpitalu, jednak co dom, to dom 🙂
Pobyt w szpitalu starałam się skrócić dłubiąc szydełkową bluzeczkę.
Wyszło takie coś –
Włóczka z odzysku, jakaś czarna ze srebrną nitką, szydełko 1,5 mm.
Teraz w domu dorwałam jakieś 15 dag pstrokatej włóczki – nie wiem co to za włóczka, dodałam trochę Maxi na wykończenie dekoltu i dołem jeszcze jakiejś włóczki i powstała resztkowa paskuda. Za krótka jest 🙁 Ale już chyba znalazłam dla niej nową właścicielkę, mam nadzieję, ze będzie pasowała 🙂
Fryzura okropna, bo włosy tuż przed myciem, więc się ich usiłowałam jakoś pozbyć :)))
Jeszcze raz dziękuję wszystkim za modlitwę i dobre słowa i ciepłe myśli słane w moim kierunku.
Pod koniec miesiąca jadę do kontroli. Dziś mama odebrała moje wyniki krwi. Białko CRP spore, ale to zrozumiałe po operacji. Do tego wynikło zamieszanie z antybiotykiem powinnam brać jeszcze przez 10 dni po wyjściu. Tymczasem przez to, że miałam wyjść w sobotę a zostałam do niedzieli – ostatnią dawkę antybiotyku dostałam w sobotę rano, do domu wyszłam w niedzielę bez recepty, a w poniedziałek popołudniu rodzice odebrali wypis i wtedy się dowiedziałam, że powinnam brać antybiotyk… ale już było ponad dwie doby przerwy, gorączki nie miałam, więc już do antybiotyku nie wróciłam. Mam go pod ręką na wszelki wypadek.
Moja lekarka do mnie przyjechała, obejrzała mnie, osłuchała, troszkę się zdenerwowała z powodu tego antybiotyku, ale stwierdziła, że może mam rację, bo to jednak za długa przerwa trochę…
Mam nadzieję, że już komplikacji żadnych nie będzie.
Mam tylko problem z bólami głowy silnymi od czasu obudzenia z narkozy, ale dziś i wczoraj już bóle troszkę mniejsze, więc jest nadzieja.
Cieszę się ogromnie, że to już po. Niezły maraton przeszłam, w ciągu pół roku trzy narkozy wrrrr…
Dół sukienki zrobiłam lekko rozkloszowany ponieważ mam już sukienkę robioną tym wzorkiem i tamta ma dół prosty.
Błękitna wygląda tak –
Poprzednia z prostym dołem jest taka –
Miała ona dłuższe rękawki i większy dekolt, teraz ją leciutko przerobiłam.
Tym samym wzorkiem zrobiłam bluzeczkę. Maxi, szydełko 2mm.
Powyższy brzuszek należy do Kizi 🙂
Kolejne dwie bluzeczki są zrobione wzorem takim samym jak słoneczna sukienka z poprzedniego wpisu. Dla zainteresowanych temat na forum – KLIK
Bluzeczka beżowa z włóczki bambusowej. Szydełko 2,5mm oraz 2 mm.
Drugą zaczęłam robić bawełną serwetkową Aniluxu, niestety starczyło mi tej bawełny tylko do pasa, więc ostatnie dolne trzy pasy wzoru zrobiłam z troszkę grubszej i sztywniejszej Hemery.
Karczek robiłam szydełkiem 2mm a dół szydełkiem 1,5mm.
W dzień, gdy robiłam fotki niebieskiej sukienki czułam się lepiej, teraz znowu bardziej obolała i dziś ledwie się zmusiłam do zrobienia zdjęć bluzeczkom, ale sama byłam ciekawa jak wyszły.
Najlepiej ocenić na zdjęciach. Już teraz widzę, że białą bluzeczkę chyba przedłużę o jeszcze jeden pas wzoru liliii.
Już niedługo znikam do szpitala, więc odezwę się chyba dopiero w przyszłym miesiącu.
Sukienka, której kawałek pokazałam w poprzednim wpisie już powstała. Jestem z niej zadowolona. Mam nadzieję, że troszkę się naciągnie i całkiem zakryje kolana.
Robiłam z Maxi szydełkiem 2mm, ale dość ściśle. Zużyłam prawie 5 motków, no może 4 i trochę więcej niż pół motka.
Dołem sukienka jest dość mocno rozkloszowana – w ostatnim okrążeniu ma prawie 100 motywów.
Kolorek tak słoneczny, że wywołałam nim prawdziwe lato za oknem.
Po raz pierwszy od powrot ze szpitala wyszłam na dwór, tylko na chwilkę i tylko na balkon i tylko po to, żeby zrobić kilka fotek sukienki, ale dobre i tyle.
Do sukienki dorobiłam też bransoletkę i kolczyki frywolitkowe. Z grubaśnej Maxi, ale chciałam mieć z tej samej nici co i sukienkę.
Poza tym same wianki, ale już ich pokazywać nie będę 🙂
Już niedługo poznam datę kolejnej operacji.
Teraz robię kolejną sukieneczkę też z Maxi, ale tym razem błękitną.
Może jak narobię duuuużo wesołych kiecek, to zdrowie się opamięta i do mnie wróci 🙂
Pozdrawiam wszystkich zaglądających a szczególnie Zygfryda – szybkiego powrotu do zdrowia.
Wybaczcie proszę, że siedzę jak mysz pod miotłą. Ze szpitala wróciłam, ale nadal jestem bardzo obolała i za około miesiąc czeka mnie kolejna operacja.
Tym razem miałam dokładnie to samo co w gdyńskim szpitalu w grudniu, bo na rtg wyszły zmiany a usg robione przed pójściem do szpitala pokazało, że nerka prawa jest przytkana.
Lewa nerka nadal czeka na operację. Lekarz powiedział, że zabieg wiąże się z różnymi możliwymi powikłaniami, m.in. uszkodzeniem naczyń dużych i w efekcie z koniecznością usunięcia nerki. Dlatego też musiał zająć się niepewną prawą nerką, żeby w razie czego chociaż ona dobrze pracowała.
Przy okazji dowiedziałam się, że jest też jakaś zmiana po stronie prawej nie związana z układem moczowym. Coś widzą na rtg, ale nie wiadomo co to jest, moze sprawy kobiece.
W tej chwili prawa nerka jest drożna, ale… w miedniczce też siedzą dwa kamyki po ok 5mm każdy, więc są jeszcze małe. Co dalej z nimi będzie – pojęcia nie mam, wiem, że mimo przyjmowania leków, picia dużej ilości wody Jana, one rosną, w grudniu miały po ok 2mm każdy…
Operacja trwała ok godziny. Po narkozie czułam się gorzej niż ostatnio. W sumie do tej pory czuję jakieś zawroty od oczu i trudno mi chwilami wzrok na czymś skupić. Takie dziwne uczucie.
Ja mam skłonności do zawrotów itp., więc nic dziwnego, że takie silne leki mi nie służą.
Szpital w Wejherowie bardzo mi się spodobał, spokój, widno i dużo zieleni i w samym szpitalu i za oknem.
Oddział urologiczny- bez porównania z gdyńskim. Smutne to bardzo. Wiele razy leżałam w szpitalu miejskim w Gdyni, ale ostatni pobyt…
W Wejherowie na oddziale porządek, lekarze i pielęgniarki bardzo w porządku.
Dużo bym mogła pisać, ale nie będę, bo wyć mi się chce, że w jednym szpitalu może być normalnie, a w drugim niestety nie. Nie piszę oczywiście ogólnie o szpitalu miejskim a jedynie o oddziale na którym leżałam.
Za to blok operacyjny w Gdyni – czułam się jak w niebie, lekarka anastezjolog, to prawdziwy anioł, wszyscy cudowni, tylko paść do nóg i po rękach całować.
Na początku przyszłego miesiąca poznam datę kolejnej operacji. Może wreszcie pozbędę się bólu.
Na polu robótkowym – głównie wianki komunijne 🙂 Straciłam już rachubę ile ich zrobiłam.
Robiłam jeszcze przed pójściem do szpitala, robiłam kwiatuszki również w szpitalu i robię nadal.
Przed szpitalem w ekspresowym tempie powstały dwa komplety biżuterii frywolitkowej i jedna druciana bransoletka. Frywolitkowe komplety kończyłam na dzień przed pójściem do szpitala.
Bransoletka druciana znana –
Komplety komunijne takie same jak pokazywałam poprzednio. Zauważyłam, że bardziej podobają się te skromniejsze wianuszki –
Jakiś czas przed pójściem do szpitala, jeszcze w zeszłym roku zaczęłam robić sukienkę szydełkową. Leżała długo, teraz do niej wróciłam.
Robię z Maxi. W tej chwili już zakrywa mój kuperek, więc niby niewiele zostało, ale sukieneczka się rozszerza, więc kolejne okrążenia wolniej przybywają a poza tym nadal robię wianki, więc szydełko tylko w przerwach jako odskocznia 🙂
Chciałam zrobić fotkę na sobie tego co już mam, ale przez te bolące nerki nawet prosto stać nie mogę, więc wrzucam fotki na płasko 🙁
Dziękuję, że tak wiernie do mnie zaglądacie i dziękuję za przemiłe wypowiedzi i pozdrowienia.
Luna1202 – dziękuję, miło mi 🙂
Ewelina w kolumnie po prawej stronie kliknij w skontaktuj się z autorką 😉
Nadal czekam i nadal boli. Wczoraj i dzisiaj mocno nerki dają do wiwatu.
Całe szczęście, że na ten czas oczekiwania mam zajęcie, więc gdy tylko ciut mniej boli, to dłubię.
Miał być jeden wianek komunijny a tymczasem musiały powstać jeszcze kolejne dwa.
Dzisiejszy wpis będzie więc dość biały. Fotki mało ciekawe, bo robiłam białe na białym, czyli tak jak lubię najbardziej 😉
Będzie też troszkę czerni, bo powstały dwa proste naszyjniki.
Pierwszy, zapowiedziany w ostatnim wpisie, wianek i ozdoba na świecę –
Wianek numer 2, bardzo podobny –
Wianuszek nr 3. Bardzo delikatny z perełkami.
Kwiatuszków naplątałam więcej, więc gdyby ktoś chciał taki delikatny wianuszek, to może się zgłosić do mnie jeszcze przed szpitalem. Ozdoba z tyłu może być taka sama jak na fotce, lub inna. Kwiatuszki z perełkami identyczne identyczne jak na fotce.
Naszyjniki frywolitkowe znane, ale pokażę –
Czerń i stare złoto –
Bardzo delikatny czarnuszek z kropelkami –
Na koniec bardziej szalone kolory. Bransoletka z koralików, o której zapomniałam przy poprzednim wpisie –
Przyznam się, że od razu po zrobieniu, a nawet już w trakcie chciałam tę bransoletkę rozplątać, bo mi się nie podobała. Jednak dokończyłam i przymierzyłam – na ręce wygląda bardzo fajnie, więc zastanowię się, czy jej życie darować.
Na przyszły tydzień planuję zrobić dwa grubaski, czyli frywolitkowe komplety 3D. Nie wiem czy zdążę przed szpitalem jeszcze. Może dam radę tylko jeden wyplątać.
Nie lubię czekać… tym bardziej, że to na co czekam wcale nie jest przyjemne 🙁
Za dużo czasu na myślenie, to nie jest dobre, oj nie jest. Niby ręce mam czymś zajęte, ale łepetynę nie. Na początku, gdy poznałam już termin, to poczułam ulgę, byłam pełna nadziei. Teraz chciałabym to zwyczajnie przespać. Obudzić się już w domu po wszystkim i choć troszkę naprawiona.
Pozdrawiam wszystkich i polecam się Waszym modlitwom. Nie wiem czy jeszcze się odezwę przed szpitalem. Raczej już po.
Zrobiłam sobie kołysankę ze starej fotki moich futrzaczków –
Witam wszystkich, którzy się niepokoili i wyglądali nowego wpisu.
Wybaczcie, proszę to milczenie. Czekałam aż będę miała coś konkretnego, bo w sumie nadal jestem w zawieszeniu. Nie chciałam narzekać a nic dobrego do przekazania nie miałam.
Częściowo opisałam moją sytuację na Maranciakach. Musiałam się wygadać.
Zabieg przeprowadzony w grudniu należy powtórzyć, bo został źle zrobiony. Czeka mnie więc dodatkowa narkoza.
Mam skierowanie na to samo… a lewa nerka ciągle w zawieszeniu.
Prawa strona od czasu zabiegu bardzo boli. Okazało się, że nerka jest przytkana.
Przed operacją – nie byłą.
Bolą mnie więc obie nerki i prawie cały czas funkcjonuję na lekach przeciwbólowych.
Gdy wychodziłam ze szpitala, poinformowano mnie, że szpital w Gdyni nie ma sprzętu, ze sprzęt będzie za pół roku. Tymczasem w Wejherowie dowiedziałam się, że Gdynia ma sprzęt.
Próbowałam sytuację wyjaśnić. Straciłam tylko czas, straciłam pieniadze – bo wyjaśnianie odbywało się w gabinecie prywatnym i było przeciągane. Nadal nie wiem co jest grane z tym sprzętem.
Dzisiaj rozmawiałam z ordynatorem ze szpitala w Wejherowie. Zupełnie inna rozmowa.
Mam już termin przyjęcia – niestety odległy, bo lekarz teraz będzie nieobecny. Mógłby mnie już operować, ale chce być przy mnie po zabiegu, a wcześniej chce jeszcze zrobić dokładną diagnostykę – o czym w naszym miejskim szpitalu można tylko pomarzyć.
Termin przyjęcia na oddział w Wejherowie mam na 28 marca. Gdyby coś się wcześniej działo gorszego, to mam nie czekać, tylko od razu na SOR jechać.
Poza tym mam skierowanie do miejskiego i tutaj byłabym przyjęta od ręki, jednak to ostateczność.
Na forum opisałam dokładniej sytuację i wszyscy zgodnie odradzają mi powrót do miejskiego.
Mama nadal ma problemy i czuhje się bardzo źle. Jeśli dobrze się mną zajmą w Wejherowie, to chyba też tam się wybierze.
Przez to wszystko prawie nic nie robiłam ostatnio.
Cały czas leżę, bo jak na parę minut wstanę, to prawie mdleję z bólu.
Dzisiaj jednak na chwilę musiałam wstać i do zdjęcia zapozować. Okazja była szczególna i zaraz o niej napiszę.
Najpierw może pokażę te kilka rzeczy, które udało mi się zrobić.
Wianuszek komunijny –
Zrobiłam jeszcze frywolitkowy komplecik biżuterii w bieli –
Leżąc sobie w wyrku zrobiłam pierwszego krzywulca z wikliny papierowej. Na koniec wykończyłam na nim resztki starych farb, starego kraka i jakiś lakier w sprayu.
Do malowania wstawałam na chwilkę.
Wyszło okropieństwo, które bardzo mi przypomina kolorem i wyglądem koślawą kokosankę 🙂
Ostatnio odbywał się na Pazylu turniej zagadkowy. 10 zagadek dodawanych w każdą kolejną środę i niedzielę.
Ponieważ ostatnio sporo leżę, to brałam laptopa i łamałam sobie głowę.
O szczegółach turnieju można poczytać na Pazylopedii w tym artykule.
Wczoraj otrzymałam wspaniałą przesyłkę z…
… sami zobaczcie :)))
Dziękuję wszystkim za troskę, za życzenie zdrowia, za modlitwę. Mam nadzieję, że w końcu skończy się to wariactwo z chorobami i leczeniem. Idzie trudno, ale może wreszcie się uda.
Ordynator z Wejherowa powiedział, że jeśli uda mu się coś zmienić w terminarzu, to powiadomi mnie i szybciej trafię na oddział.
Jest w moim kraju zwyczaj, że w dzień wigilijny, Przy wzejściu pierwszej gwiazdy wieczornej na niebie, Ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny, Najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie.
Kiedy ojciec z talerza podnosi chleb biały, Zbierając w krąg domowych, na ten rozkaz niemy, Wszyscy się podnosimy, i duży, i mały, Wszyscy się obręczamy i wszyscy płaczemy.
Bo w tej patriarchalnej, uroczystej chwili Przeróżne wsteczne rzeczy wspominamy sobie, Myślimy o tych, którzy niegdyś z nami byli, A dzisiaj, jak dzieciństwo nasze, leżą w grobie.
~~~~~~
To już jutro ten dzień. Wigilia.
Tak wiele dobra zaznałam ostatnio od Was kochani. Pomimo bólu i zmartwień będzie to dla mnie czas szczęśliwy. Jestem poruszona Waszą dobrocią. Życzeniami, modlitwą, prezentami…
Tak wiele dla mnie zrobiliście, że słów brakuje, żeby podziękować.
Napiszę więc zwyczajnie – dziękuję… bardzo dziękuję. Wierzę, że ta dobroć do Was wróci.
Życzę z całego serca aby te Święta i cały Nowy 2012 Rok były szczęśliwe. Życzę wszystkim zdrowia, spokoju, radości i Bożego błogosławieństwa.
Dzisiaj tylko taki króciutki, przedświateczny wpis.
Gdy tylko poczuję się lepiej, to się odezwę. Dziś mam za sobą znowu nieprzespaną noc i czuję się jakby walec przeze mnie przejechał.
Mam nadzieję, że wkrótce, po kolejnej operacji, będzie trochę lepiej.
Witam po przerwie i ogromnie dziękuję za wszelkie przemiłe słowa, za wsparcie i przede wszystkim za modlitwy.
Wróciłam ze szpitala, ale zanim napiszę co i jak to wrzucę ostatnią bransoletkę, którą zrobiłam przed samym pójściem do szpitala.
Wzór znany –
Bransoletka jak bransoletka, ale powiem nieskromnie, że zdecydowanie bardziej mi się podoba od tej, którą mi założono na drugą łapę – imię, nazwisko, PESEL, nazwa oddziału (urologia).
Do szpitala szłam w jednym celu – pozbyć się wreszcie bólu, ciągłego i upartego. Diagnoza – duży kamień w lewej nerce, w kielichu dolnym, nie nadaje się do rozbicia. Usunięcie operacyjne.
O tym wiedziałam.
Ostatni rentgen przeglądowy jamy brzusznej. Ostatnia wizyta przed szpitalem u urologa – już tylko sama mama poszła z wynikami, bo nie dałam rady.
I totalne zaskoczenie słowami lekarza- tu z prawej strony jest o wiele poważniejszy problem, zanim cokolwiek zaczniemy robić z nerką lewą musimy ratować prawą nerkę.
Skierowanie do szpitala już na cito- pilne i to z powodu prawej nerki!!! Nie miałam pojęcia o co chodzi i co się dzieje z tą nerką, skoro mi cały czas dokucza nerka lewa.
Dopiero w szpitalu się dowiedziałam, że w prawym moczowodzie siedzi duży kamlot i niewiele czasu brakuje, zeby zatkał całkowicie moczowód, wtedy wiadomo… wodonercze albo i gorzej, gdyby ktoś w porę nie rozpoznał co się dzieje (bo na tym RTG, to tylko dobry urolog mógł zobaczyć, to co zobaczył ten, do którego moja mama z wynikiem poszła).
Potem zabieg i odwieczny u mnie problem z narkozą. Przy moich schorzeniach neurologicznych anastezjolodzy mają spory problem.
Na bloku operacyjnym usłyszałam od przemiłej pani doktor, że wspólnie wymyślili dla mnie taką najłagodnieszą narkozę czyli- znieczulenie w kręgosłup plus ogólne uśpienie, ale bez podania zwiotczaczy mięśni, bo w moim przypadku po podaniu tych środków mógłby być problem z wybudzeniem i mogłabym trafić na OIOM.
Pomyślałam i mówię – ryzyk fizyk, proszę dajcie normalną, taką, że zasypiam od razu, nic nie słyszę nic nie czuję (kiedyś miałam taką narkozę, że miałam porażone mięśnie, ale wszystko słyszałam i czułam od początku do końca…).
Zaryzykowali i… narkozę z tego całego pobytu szpitalnego wspominam jako coś najprzyjemniejszego. Pomijając nerwy anestezjologów związane ze spóźnianiem się lekarza, który miał operować…
Po zabiegu ból (przed też – pielografia wstępująca – dla mnie wyjątkowo bolesna była).
Potem już ciągłe kroplówki przeciwbólowe i tym podobne atrakcje w postaci cewników i innych ozdób.
Na końcu moje pytanie- a co z drugą nerką, tą bolącą jak licho, utrudniającą życie?
Odpowiedź – w tej chwili szpital nie ma odpowiedniego sprzętu, jak dostaniemy sprzęt to…
Kiedy szpital dostanie sprzęt?
– wtedy, kiedy dostanie pieniądze.
Czyli?
– w najlepszym wypadku za około pół roku.
Rada- szukać pomocy w szpitalu w Wejherowie lub na Zaspie.
Dla rodziców utrudnienie- daleki dojazd, a sił też nie mają, tu mogli do mnie łatwo zajrzeć.
Dla mnie zaskoczenie, wiedziałam o operacji nerki a teraz nagle jakiś sprzęt???
Takkkk, kamień przez lata siedział w dolnym kielichu a teraz nagle siedzi w miedniczce i stał się idealnym celem do zabiegu pod tytułem PCNL…
Jestem już w domu, od czasu pobytu w szpitalu złapały mnie trzy kolki nerkowe z atrakcjami typu wymioty itp., jedna tak silna, że… Złapały mnie w prawą nerkę (w niej są jakieś drobniuśkie kamyczki, moze zostały poruszone środkami rozkurczającymi, przeciwbólowymi podawanymi mi w kroplówkach, a może zwyczajnie skrzepy krwi przytykały coś i stąd kolki- nie wiem).
Do domu wyszłam z takim krwiomoczem, jakiego jeszcze nie widziałam, no ale to normalne. Kamień ponoć był przyklejony czy nawet wrośnięty w moczowód.
Jestem słaba, obolała i czuję się… wystrychnięta na dudka przez los, bo lewa nerka z kamieniem, oczywiście – boli tak, jak bolała. Wróciłam więc do stanu sprzed szpitala.
Nie czuję jakoś radości z „uratowania” prawej nerki, bo to, że z nią coś nie tak, dowiedziałam się przypadkiem, ona weszła jakoś tak w paradę…
Oczywiście, cieszę się, że w porę problem został zauważony i usunięty.
W domu- mama chora, nie wiem co się dzieje. Bardzo cierpi, martwię się.
Gdy szłam do szpitala zachorował Dyzio. Nikt nie miał głowy się nim zająć. Wróciłam, widzę, że biedak ma godziny policzone. Biłam się z myślami czy wzywać weterynarza. Pieniędzy w domu zero…, nawet mama leków nie mogła sobie wykupić…
Jednak nie wytrzymałam i zadzwoniłam i poprosiłam lekarza dając tym samym Dyziowi ostatnią szansę. O pożyczenie paru groszy poprosiłam sąsiadkę.
Teraz sama nie wiem, może źle zrobiłam, bo to już była niepotrzebna męka dla kota – pobranie płynu spod otrzewnej, moczu… Nie było szans. Zapalenie otrzewnej, w brzuchu normalnie zgnilizna. Wieczorem weterynarz zadzwonił i powiedział, że zbadał pobrane płyny, że same bakterie, że stan bardzo poważny i dać kotkowi spokojnie odjeść a gdyby cierpiał, to podjedzie i uśpi.
Pożegnałam się z Dyziem. W nocy odszedł.
Kochany, cierpliwy kot 🙁
Wnuczek mojej Kizi. Kiedyś tu wrzuciłam filmik jak mały Tymek podgryzał mu ogon.
Tak sobie lubił spać-
Smutno. Kizia też płakała…
—————————
Teraz zbieram siły na kolejny zabieg. O ile kamień nie wlezie spowrotem do dolnego kielicha, to PCNL. Zobaczymy. Chyba wybiorę Wejherowo.
Kolejny rok zapowiada się bez świąt Bożego Narodzenia, w domu choroba, sił nie mamy, mama chora, tata ledwie żyje, pieniędzy też nie ma, ale to najmniejszy problem. Ważne, żeby choć to zdrowie było…
Jeszcze raz bardzo dziękuję za modlitwę i dobre słowa i proszę o jeszcze.
Tak jak w tytule napisałam – boję się i to bardzo, przede mną trudny czas, proszę otaczajcie mnie dobrymi myślami, módlcie się i trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło bez problemów, żeby dobrze się skończyło.
Na razie nie piszę wyraźnie o co chodzi, żeby nie zapeszać. Niektórzy pewnie się domyślą.
W każdym razie czuję się jak zając złapany w pułapkę 🙁
Robótkowo nic się nie dzieje, jedynie skarpetki. Z resztek włóczki po sweterku. Bawełna, trochę za słaba na skarpety, ale choć do spania, na wiecznie lodowate stopy, się nadadzą.
Dziwne wyszły, dawno skarpet nie robiłam i te zrobiłam tak na wariata, na oko, na nosa (niepotrzebne skreślić).
Ważne, że na stopy pasują też 🙂
Napiszę to, co i na forum napisałam, że aż tak krzywych nóg, jak na tej ostatniej fotce – to nie mam 🙂
Żartuję, ale tak naprawdę to wcale mi nie jest do śmiechu 🙁 No, smutno mi i mam takiego boja, że nie wiem, najchętniej bym wyszła z siebie i uciekła 🙁
Ona1993 – trudno mi powiedzieć, czy coś z tych preparatów, które stosowałam mi pomogło, czy samo przeszło. Z pewnością i jedno i drugie.
Polecam serię Joanny z rzepą. Szczególnie ten płyn w butelce z aplikatorem, myślę, że ta kuracja trochę pomogła. Łykałam różne piguły witaminowo ziołowe.
Włosy przestały wypadać, sporo odrosło i teraz mają około 5-7 cm i są kolejne króciutkie takie ok pół cm.
W tej chwili przy skórze jest już prawie tak jak było przed tym szalonym wypadaniem.
Pisząc to zastanawiam się jak teraz czupryna zareaguje na to, co mnie czeka… Mniejsza z tym, włosy teraz najmniej ważne…
Buziaki dla wszystkich, no prawie wszytskich – zasmarkanych nie całuję tylko macham łapką
Robiąc ostatnie bransoletki druciane pochowałam sobie do woreczka wszelkie ścinki drucików.
Nie mam jeszcze takiej wprawy, żeby przycinać druty mniej więcej na miarę, więc tych drucianych odpadków troszkę się nagromadziło.
Wczoraj je wykorzystałam. Powstała bransoletka bałaganiarska, resztkowa.
Trudno mi ją sfotografować.
Niezły bałagan powstał, ale zabawa przy wykonaniu – klawa 🙂
Na ręce wygląda interesująco, tylko nie mogę się zdecydować, czy ta wiązka drucików lepiej wygląda skierowana w dół ręki, czy w górę. Przygięłam je tak, żeby od ręki nie odstawły.
Nie wiem czy się taka forma nada na bransoletkę, powiedzmy, że ta jest eksperymentalna 🙂
Dziękuję za wszystkie komentarze, które otrzymałam od Was 🙂
Z trzech motków włóczki Drops Delight. Rozmiar szalika – 30cm X ok 120cm. Druty nietypowe jak dla tej włóczki, 4mm.
Sama przyjemność dziergać od czasu do czasu coś tak prostego 🙂
Sama przyjemność robić od czasu do czasu frędzle 🙂
Mam nadzieję, że nowemu właścicielowi się spodoba – zobaczymy. Kolor wybrał sam, rozmiary podał, o kutasiki- frędzle na końcach poprosił. Na ewentualne gryzienie, powiada, że jest odporny.
—————————–
Moja Kizia dzisiaj prawidłowo wyłączyła komputer. Wskoczyła na klawiaturę, jak zobaczyłam z drugiego końca pokoju, że wywołała okienko zamykające kompa, to wstałam, żeby ją zgonić, jednak zanim zdążyłam zareagować, to musiała zarajza jakoś wybrać – wyłącz komputer i zatwierdzić enterem… komputer się posłusznie wyłączył.
Dobrze, że mi uaktualnień BIOS-a spod Windowsa nie robi. Ja raz tylko robiłam i mało na serducho nie padłam, najpierw przerażona – czy prądu nie wyłączą, czy komputer się nie przyblokuje, a gdy już kliknęłam, po zakończonym uaktualnianiu, żeby komputer się zrestartował, to oczy zamknęłam, przestałam oddychać i tylko – włączy się czy zawiśnie…
Wtedy się udało, ale teraz już nie próbuję, za duży stres 🙂 Gdy przyjdzie taka potrzeba, to zostawię to… Kizi :)))
Wczoraj poświęciłam więcej czasu na odwiedziny przeróżnych blogów robótkowych.
Jestem pod wrażeniem prac, które mogłam obejrzeć. Śliczne, pomysłowe. Poczytałam o czym piszecie, gdy mi się udało, to skrobnęłam komentarz.
Wstyd mi, że często tylko zerkam, zachwycę się i lecę dalej.
Duża zasługa w tym problemów, jakie mam z dodawaniem komentarzy.
Gdy w adresie widzę – blogspot, to już wiem – będą problemy 🙁
Kiedyś łatwo mogłam dodać komentarz z konta Google, obecnie wyskakuje mi taki kwiatek –
Wczoraj założyłam nowe konto na Gmailu i ta sama historia.
Na niektórych blogach udało mi się dodać komentarz korzystając z konta gościa. Na innych wybrałam wpisanie nazwy i adresu URL, na pozostałych – odpadły te opcje, bo na liście rozwijanej wyboru konta nie było ani gościa ani nic, co byłoby przydatne dla mnie 🙁
Nawet na bloxie miałam problemy, w kilku przypadkach po przepisaniu kodu z tokenu i próbie wysłania komentarza, przerzucało mnie do strony głównej blogu.
Drepcząc po Waszych blogach, dziergałam sobie czapkę 🙂
Schemat i opis już dawno miałam zachomikowany, jednak dopiero wczoraj przez przypadek się na niego natknęłam w czeluściach mego dysku.
Jedyna włóczka, jaka się z bidą nadawała spośród tych, które jeszcze mam w domu, to – Askin Nako. Robiłam tę świrniętą czapkę drutami 6 mm.
Świrnięta, czyli – po mojemu – spiralna 🙂
Ponieważ wyglądam w większości czapek jak świr :))) więc i w tym wypadku, tak jest.
Dlatego na fotkach głównie czapka i małe fragmenty mojej osoby.
Włoczka taka, że prawie nie widać dolnego warkocza.
Czapkę dostała Mama. Ładniej w niej wygląda.
—————————————-
Serdecznie dziękuję Gościowi o pseudonimie – nada, za podanie linku w komentarzu zostawionym pod wpisem o Krzyżu.
Zgadzam się całkowicie z wypowiedzią prof. Josepha Weilera.
Zamieszczę tutaj ten film z YT, a dla tych, którzy są słabsi z angielskiego (jak ja), podaję linka do tłumaczenia – TUTAJ
Pisząc to, co napisałam dwa posty niżej – nie miałam na celu nikogo obrażać. Pisałam co myślę i proszę to uszanować. Oczywiście – jestem otwarta na dyskusję, polemikę, rozmowę, jednak nie zgadzam się aby ktoś występował od razu z krzykiem i obrażaniem mnie i wartości, które są dla mnie ważne.
Pisanie pewnych słów dużą literą – nie oznacza pychy, oznacza szacunek dla pewnych wartości, symboli.
Szanuję każde wyznanie. Mam wielu przyjaciół wśród niewierzących, ateistów, agnostyków.
Żyję w zgodzie z wieloma Świadkami Jehowy. Mam dobrego kolegę Sikhę. Przyjaźnię się z Zielonoświątkowcami, mam w rodzinie Prawosłwanych. Znam kilku Muzułmanów i bardzo ich lubię.
Dlaczego uważam, że w Sejmie powinien być Krzyż? – już o tym pisałam.
Rok 966 – chrzest Polski.
Dlaczego w tej chwili waham się, czy ten symbol powinien wisieć w Sejmie?
Dlatego, że go szanuję…
Gdyby gdzieś wisiał portret kogoś mi bliskiego i gdyby w tym pomieszczeniu go opluwano, gdyby wyśmiewano, gdyby…, to bym go stamtąd zabrała.
Nie dlatego, że by mi kazano, nie – z tego powodu bym nie uległa.
Zabrałabym, dlatego, że takie traktowanie jest niesmaczne.
Czy inne symbole religijne powinny znaleźć się w Sejmie?
Osobiście – nie mam nic przeciwko temu. Z jednym zastrzeżeniem. Krzyż na pierwszym miejscu – bo Polska przyjęła chrzest a nie Islam…
Szanuję inne symbole religii, ze względu na to, że są ważne dla innych wyznań. Dla mnie osobiście mają tylko to jedno znaczenie – są ważne dla kogoś. Swoją obecnością ani mnie nie obrażają, ani niesmaku nie powodują, ani im pokłonu nie oddam.
Jeśli ich obecność miałaby sprawić, że ludzie, dla których są ważne, zaczną bardziej dbać o naród, o każdego człowieka, zaczną uchwalać zdrowe ustawy, to nie mam nic przeciwko.
Z wyjątkiem odwróconego krzyża, bo dla mnie to profanacja. Nawet jeśli dla mnie to wyłącznie symbol św. Piotra.
i jeszcze jedno – Truscaveczko – nie, nie jestem za mordowaniem- nie cierpię fanatyzmu w żadnej postaci. Mam swoje wartości, ich się trzymam, bronię i ich się nie wstydzę, jednak fanatyzm jest mi obcy.
Nie, nie chcę tolerancji – chcę szacunku, bo i ja nie toleruję a szanuję. Niewierzących też, bo dla mnie ważny jest człowiek. Nie pytam, czy ktoś wierzy i w co wierzy, jeśli jest Człowiekiem, to go szanuję i tyle.
——————————
W swoim wpisie nie chciałam też obrażać przedstawicieli różnych zawodów, chciałam tylko powiedzieć, żeby traktowali każdego człowieka tak, jak sami chcieli by być traktowani.
Masarz, który mówi publicznie, że nie odważyłby się zjeść produktów własnej masarni… Czy to, że sąsiad je je, że jedzą dzieci, czy to go nie rusza?
Sprzęt, który się psuje po dwukrotnym użyciu. Kto go wyprodukował i z myślą o kim?
Oczywiście jest wielu uczciwych, wspaniałych ludzi, ale niestety – ogólnie – nie jest z nami dobrze, oj nie…
Nie namawiam ani nie popieram niemycia się 🙂
Jednak są takie sytuacje, gdy człowiek jest bezradny, niesamodzielny, chory. Często nie ma nawet pomocy odpowiedniej.
Co tu dużo mówić. Mój przykład. Pierwsze zawroty głowy około 10 lat temu. Bardzo silne. Nie było mowy, zeby usiąść na łóżku.
Przez siedem tygodni(!!!) nie byłam w stanie w żaden sposób umyć głowy!. Najmniejszy ruch powodował potworne zawroty, omdlenia. Siedząc na sztywno w wannie, próbowałam lać wodę po sobie, spływająca woda, po oczach, wywoływała tortury, a to już było po tych siedmiu tygodniach niemycia łepetyny…
Nikt nie mógł mi pomóc, bo każde dotknięcie, najmniejszy ruch był dla mnie torturą.
Zawroty były oporne na wszystkie leki – próbowałam z każdej grupy.
Odpuściły po pół roku – nie całkiem, ale było dużo lepiej.
Potem jeszcze wracały.
Tak, przejmowałam się tym niemytym łbem. Na szczęście trafił do mnie dobry lekarz – nie martw się, to wszystko jest nieważne, wypucujesz się, gdy będziesz mogła. To jest bez znaczenia. Pacjent nie fijołek, nie trza go wąchać tylko leczyć (przerobił znany szmonces).
Skrajny przypadek – znajomy zaginął w lesie. Szukały go śmigłowce, szukała rodzina, policja. Nie znaleźli. Po kilku dniach, moze nawet kilkunastu, ktoś go znalazł, nieprzytomnego, potwornie brudnego, pogryzionego przez robaki.
Przewieziono go do szpitala, powiadomiono rodzinę. Rodzina przyszła i … została potwornie zjechana przez lekarzy, za to, ze doprowadzili dziadka do takiego stanu, że brudny, że śmierdzi… Nie pomagały tłumaczenia, dlaczego jest w takim stanie.
Dopiero po jakimś czasie lekarze przeprosili z łaski.
Inny przypadek – opisałam w komentarzach.
To są skrajne przypadki, wiem. Jednak chciało by się, żeby na pierwszym miejscu stał człowiek – nie ważne jak wygląda i jak pachnie i ile ma lat.
Zapis w poradni przyszpitalnej, że pacjenci nie będą rejestrowani do końca roku a pacjenci po sześćdziesiatym roku życia – w ogóle… Dla mnie coś takiego jest niedopuszczalne.
Widzimy to, początkowo się oburzamy, potem się przyzwyczajamy, przestajemy reagować, w końcu zaczynamy traktować jak coś normalnego…
—————–
…a miało być o świrniętej czapce…
Wybaczcie, to takie przemyślenia wynikające z troski, bo chciałabym, żeby było pięknie, dobrze i miło…
Tak, to mniej więcej taki jak w bransoletkach, które ostatnio robiłam 🙂
Krzyżyk z koralików-
Tyle złego się dzieje wokół, tyle spraw w ojczyźnie wymaga naprawy, tymczasem zamiast walki z tym co chore, toczą się bezsensowne boje o Krzyż.
Polska – kraj ochrzczony przed wiekami. Symbolem chrześcijaństwa jest krzyż.
Jest to symbol dla Chrześcijan.
Dla niewierzących, jest to nie znacząca NIC ozdoba, ot kawałek drewna, czy innego materiału.
W jaki sposób niewierzącego może obrażać coś, co dla niego nie ma żadnego znaczenia?
Na ścianie może wisieć obraz, może być brzydki, ładny, niesmaczny, wspaniały, jednak jeśli nie wyśmiewa czyichś uczuć, to chyba nikt przy zdrowych zmysłach by z taką ozdobą na ścianie nie walczył tak zażarcie.
Dla niechrześcijanina wszystko jedno czy to krzyż, czy obraz, czy kwietnik z paprotką, coś wisi i już. Ani grzać nie powinno ani ziębić.
Skąd ta wrogość?
Inna sprawa. Dla Chrześcijan Krzyż jest symbolem. Jest ważny. Powinien być tam, gdzie nie będzie obrażany, profanowany.
Jestem za Krzyżem w naszym Sejmie, jednak nie chcę, żeby był opluwany. Nie chcę żeby w Jego obecności uchwalano głupie czy szkodliwe czy krzywdzące ustawy.
Tyle spraw złych i… cisza. Jeden malutki krzyż na ścianie i wrzask na całą Polskę…
Panowie i panie, spójrzcie jak wygląda leczenie w naszym kraju- to taki pierwszy z brzegu przykład…
Tyle problemów do rozwiązania.
Uszanujcie, że jesteście dziećmi kraju mającego chrzest, uszanujcie tych, dla których Krzyż jest ważny, przecież dla Was to tylko „coś” na ścianie, coś ponoć bez znaczenia.
Zajmijcie się biedą, bezrobociem, chorymi, szkolnictwem… tylko mądrze się zajmijcie.
Wspólnie pracujcie dla dobra wszystkich Polaków. Każdego traktujcie jak ojca, matkę, brata, córkę.
Wspólnie pracujMY! Wszyscy.
Bez krętactwa, oszustw.
Piekarzu – rób taki chleb, żeby był i zdrowy i smaczny, taki jakim chciałbyś nakarmić własne dziecko.
Lekarzu – pochyl się nad tym staruszkiem jak nad własnym ojcem, nie patrz, że biedny, czy może brzydko pachnie. Dotknij go – on nie gryzie. Brzydzisz się? Dlaczego zostałeś lekarzem???
Księże – bądź przykładem. Samo kazanie, nawet najlepsze, to za mało.
Polityku, bądź mądry, nie tylko, gdy chcesz wygrać wybory. Nie obiecuj, działaj.
Jeszcze taki tekścik dorzucę, ma już parę latek, ale daje do myślenia –
„Po katastrofie terrorystycznej w USA 11.09.2001, córka Billy Grahama w wywiadzie TV na pytanie:
„Jak Bóg mógł pozwolić na coś takiego?”
Odpowiedziała: Jestem przekonana, że Bóg jest do głębi zasmucony z tego powodu, podobnie jak i my, ale od wielu już lat mówimy Bogu, żeby wyniósł się z naszych szkół, z naszych rządów oraz z naszego życia, a ponieważ jest dżentelmenem, jestem przekonana, że w milczeniu wycofał się.
Jak możemy się spodziewać, że Bóg udzieli nam swojego błogosławieństwa i ochroni nas, skoro my żądamy, aby On zostawił nas w spokoju?
Zobaczmy – myślę, że zaczęło się to wówczas, kiedy Madeline Murray O’Hare (została zamordowana, niedawno znaleziono jej ciało) narzekała nie chcąc żadnych modlitw w naszych szkołach, a my powiedzieliśmy OK. Potem ktoś powiedział, żeby lepiej nie czytali Biblii w szkole… Biblii, która mówi: nie zabijaj, nie kradnij, kochaj swego bliźniego jak siebie samego. A my powiedzieliśmy OK.
Następnie dr Benjamin Spock powiedział, że nie powinniśmy dawać klapsa dzieciom, kiedy się źle zachowują, ponieważ ich małe osobowości się zniekształcają i możemy zniszczyć u nich szacunek do samych siebie (syn dr. Spock’a popełnił samobójstwo).
A my powiedzieliśmy, że ekspert powinien wiedzieć o czym mówi. Dlatego powiedzieliśmy OK. Po czym ktoś powiedział, że lepiej by było, aby nauczyciele i wychowawcy nie karali naszych dzieci, kiedy się źle zachowują. Dyrektorzy szkół powiedzieli, że lepiej by było. aby żaden pracownik tej szkoły nie dotykał uczniów, kiedy się źle zachowują, ponieważ nie chcemy złej opinii i z pewnością nie chcemy być zaskarżeni do sądu /istnieje ogromna różnica między karaniem i dotykaniem, biciem, upokarzaniem, kopaniem itd./. A my powiedzieliśmy OK.
Następnie ktoś powiedział – pozwólmy naszym córkom na aborcję – jeśli chcą. Nawet nie muszą o tym mówić swoim rodzicom. A my powiedzieliśmy OK.
Po czym ktoś mądry z rady szkoły powiedział; ponieważ chłopcy i tak będą chłopcami, więc i tak będą to robić, dajmy naszym synom tyle kondomów, ile chcą aby mogli zażywać tyle radości ile chcą, a my nie będziemy musieli mówić ich rodzicom, że otrzymują je w szkole. A my powiedzieliśmy OK. Po czym niektórzy z wyższych wybranych urzędników powiedzieli, że to nieważne, co robimy prywatnie, dopóki wykonujemy naszą pracę?…
Zgadzając się z nimi. powiedzieliśmy, że nie obchodzi mnie to, co ktoś, łącznie z prezydentem, robi prywatnie, dopóki ja mam pracę, a ekonomia jest dobra. Po czym ktoś powiedział – drukujmy czasopisma że zdjęciami nagich kobiet i nazwijmy to zdrowym, trzeźwym podziwem dla piękna kobiecego ciała. A my powiedzieliśmy OK.
Po czym ktoś inny poszedł o krok dalej z tym podziwem i opublikował zdjęcia nagich dzieci, a następnie jeszcze jeden krok dalej i udostępnił je w Internecie. A my powiedzieliśmy – OK, są upoważnieni do swobodnego wyrażania. Po czym przemysł rozrywkowy rozpoczął produkcję widowisk TV i filmów promujących przemoc, profanacje, zakazany seks. Rozpoczął nagrania muzyki zachęcającej do gwałtu, narkotyków. zabójstwa, samobójstwa oraz satanistycznej. My powiedzieliśmy, że to tylko rozrywka. to nie ma żadnych szkodliwych skutków, w każdym razie nikt nie traktował tego poważnie, więc idziemy do przodu. Teraz nasze dzieci nie mają sumienia, dlaczego nie wiedzą, co jest dobre, a co złe, i dlaczego nie martwi ich zabijanie obcych, kolegów z klasy oraz samych siebie. Prawdopodobnie, gdybyśmy o tym długo i wystarczająco mocno myśleli, moglibyśmy zgadnąć. Ja myślę, że ma to wiele wspólnego z tym, że…